Co jeść jak nie ma czasu?

Jedna z najdłuższych przerw w pisaniu jaką kiedykolwiek miałam. Muszę przyznać szczerze, że jestem wykończona.

Skąd to zmęczenie? Dużo rzeczy się nawarstwiło. Nadal mam starą pracę, a nawet dwie, do tego dołączyła nowa. Czy to normalne mieć trzy etaty? Tutaj tak. Jedną pracę mam ze względu na ubezpieczenie zdrowotne i świadczenia socjalne. W USA są one bardzo drogi. Płacenie za nie z kieszeni to koszmar. Nigdy nie są też tak dobre jak te, które się dostaje pracując dla dużej korporacji. Druga praca, bo tak się jakoś trafiło. Znajoma zapytała czy chciałabym uczyć polskiego na uczelni, powiedziałam “czemu nie?” i się to już tak ciągnie trzeci rok. Niestety godziny są mordercze: od osiemnastej do dwudziestej plus ponad półgodzinny dojazd w jedną stronę. Trzecia to też taki przypadek. Kiedy pracowałam na pół etatu nudziło mi się i postanowiłam zostać “rodzicem wolontariuszem”. Zaczęło się od jednej godziny w tygodniu. Potem trzy. Potem wpadłam na pomysł, żeby zrobić sobie certyfikat zastępcy nauczyciela. Tak, mamy tutaj takie stanowiska. W każdej, nazwijmy to gminie, jest sztab zastępców którzy są wzywani do pracy w zależności od potrzeby. Czasami dzwonią wieczorem, czasami pobudka wcześnie rano…Myślałam, że będą dzwonić raz na kilka tygodni, dzwonią jednak w mój każdy wolny dzień. Zatem pracuję sześć dni i jeden wieczór w tygodniu. Obszerne usprawiedliwienie, ale prawdziwe.

W Polsce nigdy nie pracowałam na poważnym stanowisku, ale wydaje mi się, że kiedy idzie się do pracy, to warunki finansowe przeważają w wyborze pracy. Tutaj to się trochę rozmywa. Szczęściarze wykonują zawody, które kochają. Większość pracuje bo musi. Ja nadal muszę sobie i innym coś udowodnić. Po pierwsze, że moje studia z Polski nie były marnotrawstwem czasu. Po drugie, że można się tutaj spełnić zawodowo będąc emigrantem. Po trzecie, chcę mieć pracę, do której będę chciała a nie musiała iść każdego dnia. Mam cel i do niego dążę. Na razie musi zostać tak, jak jest.

Jest jeszcze jeden element tej zagadki… Od kilku lat pomagam pewnej starszej pani. Poznałam ją kiedy miała około siedemdziesiątki i chciała, żebym nauczyła ją angielskiego. Podziwiałam ją za chęci i wytrwałość, ale szybko okazało się, że jest jej bardziej potrzebny tłumacz niż nauczyciel. Ponieważ nadal prowadzi serwis sprzątający potrzebowała kogoś w rodzaju sekretarki. Po kilku miesiącach zauważyłam, że ona tak dużo płaci swoim pracownikom i tak dobrze o nich dba, że mało co zostawia sobie. Odeszłam. Ale ona nie pozwoliła mi odejść do końca. Znalazła innego tłumacza do biznesu, ale chciała, żebym nadal jej pomagała w sprawach osobistych, takich jak np chodzenie do lekarzy. No i się zaczęło. Od Annasza do Kajfasza. Od lekarza rodzinnego do specjalisty, od specjalisty A do specjalisty B itd.  Kilka dni temu przeszła przez operację wymiany biodra. Do moich codziennych obowiązków doszły konsultacje z lekarzami, pielęgniarkami, odwiedziny w szpitalu. Pewnie zastanawiacie się nad jedną oczywistą rzeczą: gdzie jest jej rodzina? Czy ma w ogóle kogoś? Czy naprawdę jest sama i musi opierać się na pomocy obcych? Przyjechała tutaj wiele lat temu sama. Była wdową bez pracy. Dzieci już dorosłe, wnuki też nie małe. Postanowiła przyjechać tutaj. Podziwiam ją za jej stanowczość i samozaparcie. W Polsce nigdy nie jeździła samochodem, tutaj zrobiła prawo jazdy i nadal jeździ. W Polsce zawsze pracowała dla innych tutaj przez lata prowadziła świetnie prosperujący biznes. W Polsce miała rodzinę, taką biologiczną. Tutaj stworzyła sobie drugą rodzinę, taką, z którą naprawdę żyje. Polska po latach stała się czymś nierzeczywistym. Czymś o czym się ogląda w telewizji bardzo negatywne wiadomości. Kiedy jej się pytam dlaczego nie sprzeda wszystkiego co ma i nie pojedzie do Polski, do dzieci i wnuków, mówi, że ona się boi Polski. Polska wydaje jej się czymś ciemnym, szarym, przygnębiającym. Rodzina nauczyła się żyć bez niej, przynajmniej emocjonalnie, ona bez nich. Niby ktoś kiedyś próbował zdobyć wizę żeby ją odwiedzić, ale jej nie dostał. Wydaje mi się, że ona im nie mówi, że potrzebuje stałego dozoru. Nie wiem, czy wiedzą, że rekonwalescencja po operacji będzie trwała co najmniej trzy miesiące. Czy im powiedziała, że są jeszcze inne komplikacje zdrowotne, że na tym się nie skończy, że tak właściwie się zaczyna? Nigdy z nimi nie rozmawiałam. Nie wiem, jakie mają relacje. Czy powinnam do nich zadzwonić i powiedzieć, że ona nie może mieszkać tylko ze współlokatorami? Próbowałam dzisiaj dzwonić, ale nikt nie odebrał, może i dobrze… Cała sytuacja spędza mi sen z powiek…

Co zatem jemy…Szybkie i proste dania. Nic nowego, nic wymyślnego. Warzywa w woku do tego makaron ryżowy, albo zwykły. Albo makaron z sosem pomidorowym. Co prawda w niedzielę robiłam pierogi. Moja młodsza pociecha zażyczyła sobie robienie pierogów jako myśl przewodnia jej przyjęcia urodzinowego. Fajnie było. Smakowały im pierogi z ziemniakami i serem tofu. Ups, zapomniałam im powiedzieć, że to tofu! No, cóż, teraz już za późno…

Jest jednak coś, co zrobiłam kilka dni temu i mam na punkcie tego kompletnego bzika. Kuleczki z daktyli!. Potrzebne składniki: orzechy, daktyle, wiórka kokosowe. Ja dodałam jeszcze rodzynki. Orzechy wrzucić do blendera. Kiedy są już drobne dodać pozostałe składniki. Zostawić część wiórek do obtoczenia kulek. Kiedy wszytko ładnie się połączy formować kulki i obtaczać w wiórkach. Wrzucić do zamrażalki  na godzinkę i gotowe. Zamrożenie sprawi, że się lepiej trzymają. Py-szno-ści! Są słodkie i jednocześnie bardzo sycące. Rewelacyjny i zdrowy deser. Będę z nimi eksperymentować…mam już kilka pomysłów.

Kuleczki z daktyli

“Niech jedzenie będzie lekarstwem” Hipokrates

Setny artykuł. Kto by pomyślał… Na pewno nie ja… Zaczęłam pół roku temu z potrzeby pisania. Pisania dla siebie, ale i dla innych. Miałam potrzebę wyrzucenia z siebie tych myśli… Jedzenie a zwierzęta, jedzenie a środowisko, jedzenie a zdrowie…Te myśli nie dawały mi spokoju. Jedzenie jest moją pasją i hobby. Ja czytam, piszę, oglądam, uczę się, śnię o jedzeniu…

Kiedy stawiałam pierwsze kroki jako weganka szukałam pomocy wszędzie: jak gotować, żeby posiłki były smaczne? co jeść, żeby jeść prawidłowo? Jak się upewnić, że nie mojemu organizmowi nic nie brakuje? Jakich produktów używać? Skąd je wziąć? Jak się przestawić? Jak nie łaknąć, tego, co się do tej pory jadło?

W mojej drodze do tego miejsca, w którym jestem było kilka przełomowych momentów. Pierwszy: Obejrzenie filmu Supersize me. Zdrowy mężczyzna poddaje się eksperymentowi, dokąd doprowadzi go jedzenie McDonalda. Okazało się, że do stanu przedzawałowego. Nigdy nie byłam fanką, ale zdarzyło się, że na postoju gdzieś na autostradzie, gdzie nie ma nic innego do jedzenia, pozwoliłam rodzinie przystanąć w tejże jadłodajni. Dosłownie 2 razy nam się to zdarzyło w ciągu ostatnich 6 lat. Oni brali jakąś niby padlinę w bułce, ja sałatkę. Cóż, nawet sałatki mój organizm nie przyjął. Od tego czasu albo bierzemy jedzenie ze sobą, albo kupujemy obarzanki. Chyba najbezpieczniejsza opcja.

Drugi: Odrzuciliśmy mięso jedząc jeszcze ryby i nabiał. Film o Taji (tajdżi) wszystko zmienił. Nie będę jeść żadnych zwierząt, nie mogę. Jeżeli ja przestanę jeść, Producent obniży sprzedaż. Jeżeli moja postawa przekona jeszcze inne osoby mordowanie zwierząt okaże się marnym biznesem. Co zatem z nabiałem? Kolejny film… Co to było… Może Food INC? Nie pamiętam. Pamiętam sceny cieląt przerzucanych z miejsca na miejsce, krowy dowożone do ubojni na podnośniku, dojarki ściągające mleko, aż do krwi. Nie chcę być częścią tej machiny!

Jeżeli komuś nie zależy na prawach zwierząt, to może zależy im na swoim zdrowiu? W USA w niektórych stanach na ubój “idą” zwierzęta, które nie mogą chodzić. Są tam dowożone. Prawo mówi, że tylko te, które stoją o własnych siłach mogą być poddane konsumpcji. Zwykle fakt, że zwierzę nie chodzi jest oznaką choroby. Cóż, lobbyści przekonują rządy, że straty producentów są zbyt duże i nie mogą pozwolić sobie na taką rozrzutność. Walczą o prawa przeróbki każdej części ciała, zdrowych i chorych zwierząt. Podają im ogromne ilości hormonów i antybiotyków, nawet tym, które nie chorują. Kiedy osoba spożywająca produkty pochodzenia zwierzęcego zachoruje, leki nie podziałają.

Trzeci: Rok temu robiliśmy remont kuchni. Taki dosłowny ze zrywaniem podłóg, ścian i sufitu. Przez miesiąc nie mogłam nic gotować. Nawet nie mogłam trzymać za dużo jedzenia w lodówce, bo ciągle włączali i wyłączali nam prąd. To był koszmar, pod wieloma względami. W domu jedliśmy jakieś płatki śniadaniowe z mlekiem sojowym. Lunch i obiad musiał być już kupiony. Bardzo szybko zaczęłam zauważać różnicę. Waga zaczęła iść w górę bardzo drastycznie. Czułam się ociężała, wręcz opuchnięta, ciągle zmęczona. Mój mąż powiedział mi pewnego dnia, że tęskni za zwykłą sałatką. Choć zawsze wybieraliśmy dania wegetariańsko-wegańskie nie mieliśmy żadnej kontroli nad ilością tłuszczu, soli, i innych paskudztw. Zanim kuchnia była w pełni skończona ja już w niej gotowałam! Po około dwóch tygodniach gotowania czysto wegańskiego zaczęliśmy wracać do normy.

Czwarty: Jedna z pierwszych rzeczy jakich się nauczyłam jako weganka: nie musisz zastępować dań mięsnych mięsopodobnymi daniami wegańskimi! Może, nie mają w sobie żadnych trupków, ale nadal są przetworzone chemicznie w fabrykach. Lista składników jest długa. Fakt, że zawartość kalorii, tłuszczu, cukru, czy sodu jest o wiele mniejsza, najczęściej o połowę, ale czy to konieczne? Przez jakiś czas kupowałam wegańskie ”wędliny”, “kiełbasy”, “mięso mielone”. Doszłam jednak do wniosku, że nie mogę zastąpić jednych produktów chemicznych innymi, że to nie ma sensu. Nauczyłam się gotować używając tylko li warzywa, fasole, grochy, ziarna. Raz na jakiś czas, powiedzmy co dwa miesiące może i zrobię wegańskie ho dogi, ale to rodzaj rarytasu dla dzieci. Nadal kupuję organiczne tofu. Nadal eksperymentuję i bawię się moim jedzeniem.

Piąty: Latem zeszłego roku trafiliśmy na film Joe Cross “Fat, sick & nearly dead”, (Gruby, chory i prawie martwy). To było to. Kolejny dowód na to, że idziemy we właściwym kierunku. Warzywa i owoce dostarczają nam niemal wszystkiego, co jest nam potrzebne w zdrowej, zbilansowanej diecie. Brakuje nam tylko witaminy B12, którą musimy przyjmować. Poza tym, nic więcej. Piję soki codziennie. Zazwyczaj jest to moje śniadanie. Lubię zaczynać dzień w ten sposób. Odstawiłam kawę, już jej nie potrzebuję. Moje soki dają mi więcej energii bez skutków ubocznych. Kawa mnie budziła, ale też powodowała migreny i bezsenność.

W moich artykułach przejawia się migrena. W przeszłości musiałam na nią brać leki. Codziennie. Inny lek zapobiegający i inny, kiedy atak nastąpi. I wiecie co? Nie brałam nic na migrenę od… nie pamiętam kiedy. Nauczyłam się, co ją powoduje i tego unikam. Nie mogę używać sosu sojowego, jeść za dużo czekolady, pić za dużo czerwonego wina i soku pomarańczowego…

Coraz więcej dowiaduję się, że najczęstsze choroby cywilizacyjne są wywołane dietą tzw. zachdnia. Coraz częściej słyszę, że choroby te mogą być spowolnione lub niekiedy nawet odwrócone przy pomocy odpowiedniej diety. Kiedyś myślałam, że to bzdura, taki mit, czy legenda, ale teraz wiem, że to prawda. Choroby krążenia czy cukrzyca wprowadzają się tam, gdzie wprowadza się dieta wysoka w produkty zwierzęce. Kultury, które nie spożywają na co dzień nabiału czy mięsa są statystycznie zdrowsze, niż te, które je konsumują. Badania naukowe dowiodły, że mleko nie zapobiega osteoporozie, a wręcz przeciwnie, zwiększa jej ryzyko. Nie musisz jeść mięsa, żeby być dużym, silnym i zdrowym! Przeciwnie, nie jedz go jeśli nie chcesz mieć nadwagi i chorób. Ciągle słyszymy, że ktoś gdzieś wyleczył się z raka, czy cukrzycy. Jak? Ci, którzy specjalizują się w leczeniu za pomocą diety twierdzą, że dzięki odpowiedniemu jedzeniu bogatemu w elementy zwalczające poszczególne choroby. Hipokrates twierdził, że jedzenie powinno być najlepszym lekarstwem. W USA około 6% lekarzy ma za sobą szkolenie w dziedzinie wartości odżywczych i dietetyki. A pozostali? Dają nam leki, których lista skutków ubocznych jest dłuższa niż pozytywnych efektów. Nasze ciało ma możliwość regeneracji przy odpowiedniej pomocy, która nie koniecznie musi pochodzić z laboratorium.

Nabyłam ostatnio nowy nawyk. Mam książkę z przepisami na soki. Niby nic nowego. Moja książka jest podzielona według chorób: ból głowy, niestrawność, problemy z krążeniem…Coś mi dolega, robię sok i…jak dotąd działa. Ale jak przekonać innych? Widzę, że robią sobie ogromną krzywdę i nie mogę z tym nic zrobić! Widzę osoby, które walczą z pierwszymi komórkami raka i prosto od lekarza idą na obiad do “Steak house”, (Domu steków). Ten stek przyczynił się do choroby, nie jedz go! To trucizna! Oj, ta wolna wola człowiecza to okrutny biznes. W domu gotuję tylko wegańskie dania, ale kiedy wychodzimy na obiad dzieci wybierają, co chcą. Nie mogę im zabronić jedzenia tego, czego chcą, nie jestem z nimi 24 godziny na dobę. To one muszą dokonać swoich wyborów, ja mogę mieć tylko nadzieję, że mój wpływ na nie ma pozytywne znaczenie.

Pamiętacie mój artykuł o Pauli Dean, amerykańskiej niekoronowanej królowie jedzenia południowców? Tłuste, zawiesiste, pełne masła i mięsa? Historia jej stanu zdrowia jest nadal na pierwszych stronach gazet. Do cukrzycy dołączają inne choroby. Nie to jednak przykuło moją uwagę. Kilka dni temu wyemitowano nowy program kulinarny z synem Pauli, Bobbie, w roli głównej. Tytuł: “Not my mama’s cooking” (Gotowanie nie jak mojej mamy). Bobbie przygotowuje dania podobne do tych, które gotuje mama, ale w zdrowej wersji. Czyżby wiedział, że jej sposób odżywiania jest niezdrowy? Czyżby sam nie jadał w domu rodzinnym? Czyżby próbował coś zrobić z wizerunkiem smacznego i niezdrowego jedzenia? Może uda mu się pomóc rodzicielce w powrocie do zdrowia?

Puenta? Moja przygoda z weganizmem trwa i będzie trwać. Wiem, że gotując wegańsko, gotuję zdrowo i dbam o moją rodzinę.

Udany obiad. Wegański

Od dłuższego czasu łaziła za mną lasagna. Odkąd przestałam używać nabiał wydawało mi się, że to niemożliwe, żeby zrobić dobrą lasagne. Czas się przekonać.

Konieczne składniki: Makaron, szpinak, sos pomidorowy, biały sos.

Makaron oczywiście pełnoziarnisty. Szpinak musi być, bo Mąż uwielbia szpinak pod każdą postacią. Sosy musimy zrobić. Przygotowując mój pomidorowy sos rozmawiałam z siostrą przez skypa. Nie chciałam przerywać rozmowy włączając głośną maszynę więc pokroiłam pomidory zamiast je miksować. Najpierw do dużego gara wrzuciłam cebulkę i czosnek, tradycyjnie. Chyba trzy czwarte moich dań tak się zaczyna, nie? To jednak nie jest takie oczywiste. Smak potrawy zależy od kolejności dodania tych warzyw. Wrzucisz czosnek, będzie bardziej awyrazisty, ale musisz uważać, bo szybko się przypala. Wrzucisz cebulkę, czosnek trochę straci, ale cebula zyska. Lubię je używać nie tylko ze względu na smak. Mają też właściwości antybakteryjne i przeciwwirusowe. Wiem, że gotowanie zabiją dużo tych właściwości, ale mam nadzieję, że cześć jednak pozostaje. Zatem do podduszonych warzyw dodaję czerwoną paprykę. Kiedy zmięknie zaczynam powoli dodawać pomidory. W lato używam tylko świeże, takie prosto z farmy organicznej. O tej porze roku muszę się zadowolić całymi pomidorami w swoim sosie z puchy. Najpierw kroję lub miksuję pomidory, potem je wrzucam do warzyw. Kiedy się zagotują dolewam wodę z puszki. Może nie powinnam? Nie wiem, taki nawyk. Miałam też świeżą bazylię. Moja córka lubi pomagać mi w kuchni, była bardzo z siebie dumna, kiedy pozwoliłam jej doprawić sos według swojego uznania: sól, pieprz, ziarnka papryki. To takie ważne zadanie i ona je wykonała. Tylko w ten sposób nauczysz się gotować. Próbuj, testuj… Raz będzie za słone, raz za mało słone, innym razem za ostre. Kiedy nauczysz się jak smakują Twoje przyprawy, jak zmieniają smak, jak je komponować, nauczysz się ile ich dodać.

Czas na biały sos. Postanowiłam użyć tofu. Lekko osuszone rozdrobniłam widelcem. Na patelni, jak zwykle cebulka i czosnek. Do tego opłukany, pokrojony szpinak. Potem tofu. Żeby tofu zmieniło swój charakterystyczny smak należy wlać odrobinę octu, może łyżeczkę i dużo soku ze świeżo wyciśniętej cytryny. Sól, pieprz i sos gotowy.

Makaron lekko podgotowany. Czas na składanie lasagne. Na dno naczynia warstwa sosu pomidorowego, cieniutka, tyle tylko, by makaron nie przywarł. Potem makaron, potem biały sos, potem makaron, potem czerwony sos, potem makaron i oba sosy i ser wegański. Do piekarnika na około 30 min.

Lasagna.

Mąż i dzieci grają w monopol. Lasagna w piekarniku. Może by tak coś jeszcze do obiadu…Jeszcze nigdy nie robiłam wegańskich ciasteczek z kawałkami czekolady. Przepis: 2 szklanki mąki, szklanka cukru, 2/3 szklanka oleju, 1/4 szklanka mleka migdałowego, łyżka proszku do pieczenia, 1/2 łyżeczki soli, wanilia, molasses. Oleju za dużo w przepisie, dodam więcej mleka. Zwykły cukier zastąpię brązowym. Molasses to taki gęsty syrop zrobiony z trzciny cukrowej. Jest bardzo gęsty i ma taki przypalany smak, prawie kawowy. Najpierw łączę suche składniki, potem mokre. Wyszło pyszne ciasto.  Łyżką formuję kulki i na brytfankę. Rodzinka nic nie podejrzewa. Będą mile zaskoczeni.

Wegańskie ciasteczka

Obiad toczy się powoli. Najpierw lasagna… Sukces, wszystkim smakuje! Mówią, że nie czują różnicy z “normalną” . Mąż prosi o dokładkę. Nie wiem, czy to dobry znak. Aż tak mu smakuje, czy znowu się przejada. Mój nos mówi mi, że ciasteczka są gotowe. Ochy i achy… ciasteczka są ogromne, córka mówi, że jak na sterydach. Po jednym olbrzymku na talerzyk. Czekolada roztopiona, ciasto bardzo aromatyczne…. Jednymi słowy udany obiad.

 

 

Owies…nie tylko dla koni.

Postanowiłam, że będę gotować tylko nowe rzeczy! Stwierdziłam również, że będę gotować mniej. Tylko tyle, żeby było na obiad i może na lunch na drugi dzień. Tyle wystarczy. Gotowałam zatem często, ale mało pisałam. Nie lubię się zmuszać do pisania, czekam na wenę. Nadeszła właśnie dziś! Musiałam przegrać zdjęcia z telefonu, nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak dużo dań zrobiłam.

Wiecie, że nie mierzę moich składników. Wszystko jest “na oko”. Tylko kiedy piekę miarka jest gdzieś pod ręką. Dlaczego? Wydaje mi się, że po latach spędzonych w kuchni wiem, ile czego muszę dodać, żeby była równowaga w daniu. Taki nawyk, który przychodzi z czasem. Nawet nie muszę nastawiać budzika, kiedy piekę, mój nos mówi mi, kiedy danie jest gotowe. Zdarza się, że wrzucam coś do piekarnika i idę robić coś innego. Wtedy nastawiam budzik, bo boję się, że zapomnę. Mój nos jednak pamięta. Zwykle zawodzi mnie do kuchni w tym samym czasie, kiedy budzik na mnie krzyczy.  Chcecie wiedzieć co gotowałam?

Corn choweder:

Chowder to gęsta zupa. Wiem, że słyną z niej różne regiony USA, zwykle ma w sobie dużo owoców morza, oczywiście nie w mojej wersji. Ja chciałam skupić się na kukurydzy. Miałam kilka kolb, które zaczynały powoli wyglądać na trochę smutne. Podduszona cebulka i czosnek. Kukurydza obkrojona z kolby. Trochę selera, starta marchewka. Wszystko razem poddusić, podlać odrobiną wody, tak, żeby tylko zakryło warzywa.  Dodałam też trochę topionego sera sojowego, żeby zupa miała bardziej kremowy smak. Przyprawy: świeży imbir, sól, pieprz, curry, papryka. Można też całość wrzucić do blendera i zrobić zupę – krem, ale ja lubię czasami pogryźć moje warzywa.

Do przygotowania zupy użyłam trzy kolby, jedną marchewkę, jedną cebulkę, kilka ząbków czosnku i trzy gałązki selera. Seler jest tutaj inny, mniej zielony i nie tak wyrazisty. Czosnek: wszystko zależy od pory roku i świeżości. Mój jest już niezbyt wyraźny, więc zdarza mi się dodać całą główkę. Na szczęście moja rodzina lubi czosnek, więc nie ma problemu z narzekaniem, że czyjś oddech jest zbyt czosnkowy.

Zupa kukurydziana.

Kabaczki faszerowane kukurydzą:

Postanowiłam upiec też kabaczki. Na początku nie wiedziałam, czym je nafaszerować. Były już grzyby, warzywa, ser, brązowy cukier. Przeglądając moje przepisy wpadłam na pomysł: moja zupa kukurydziana! Jest tak gęsta, że może być jednocześnie wypełnieniem kabaczka. I tak też właśnie było. Kabaczek umyty, przekrojony na pół, posmarowany olejem podpieczony w piekarniku. Po dwudziestu minutach był na tyle miękki, że widelec wchodził bez problemu, napełniłam go moją zupą i dopiekłam. Jedliśmy używając widelców. Zupa przerodziła się w gęsty sos i przeniknęła do kabaczka. Wiem, że następnym razem zrobię ją trochę ostrzejszą. Kabaczek jest dość słodki, więc potrzebuje dużo przypraw, które przenikną w miąższ. Danie jest dość lekkie. Nie ma uczucia przejedzenia tylko błogiej sytości.

Dwa kabaczki, kilka łyżek zupy, tak, aby tylko wypełnić dynię.

Kabaczek faszerowany kukurydzą.

Owies z kanią faszerowaną szpinakiem.

Następnego dnia wpadłam na jeszcze bardziej szalony pomysł. Przeglądałam moją przepełnioną spiżarkę zastanawiając się co wyląduje na stole. Owies?!?! Hmmm Kupiłam go dawno temu do kutii. Wygląda dobrze. Ale jak się za niego zabrać? Pół godziny w książkach kucharskich, na necie i już wiem! Najpierw na brytfankę i do piekarnika na 20 min, żeby się podrumienił. W garnku zeszklić cebulkę i czosnek. Ja oczywiście muszę dodać swoje 3 grosze, więc znalazła się tam również marchewka, seler, por, pietruszka. Dodać owies. Podlewać wywarem warzywnym, tak jak ryż na risotto. Przyprawić do smaku solą i pieprzem. Owies pęcznieje i robi się miękki. Mmmmm dobre…. Do tego zrobiłam kanię faszerowaną sosem szpinakowym. Do podduszonej cebulki i czosnku dodałam opłukany, pokrojony szpinak i łyżkę wegańskiego sera topionego. Wszystko na grillowaną kanię i gotowe. Nigdy nie spodziewałam się, że owies może być tak dobry! Mój dziadziuś się uśmieje! Nawet jak jadałam owsiankę to się śmiał, że to jedzenie dla koni…

Owies: dwie szklanki. Pozostałe warzywa, na oko: jedna cebula, dużo czosnku, jedna marchewka, trzy gałązki selera, kilka krążków pora, garść pietruszki.

Owies z warzywami, kania faszerowana szpinakiem. W tle sałatka.

Hot dogi z glazurowaną marchewką i groszkiem.

Na drugi dzień hot dogi. Nigdy nie przepadałam za nimi. Wydają mi się nudne, tak niewiele można z nimi zrobić, ale dzieciaki je uwielbiają, więc raz na jakiś czas mogę ustąpić. Postanowiłam zrobić mały i zdrowy dodatek: glazurowaną marchewkę i zielony groszek. Groszek kupuję suchy i muszę go moczyć i gotować. Niestety ten mi się rozgotował. Miały być śliczne zielone kuleczki, jest zielona papka. Zaraz, zaraz, może jeszcze da się coś z tym zrobić. Chwila z przepisami i już wiem! Duszona cebulka i czosnek, łyżka mąki, mleko migdałowe i mam przepyszny, kremowy biały sos. Dodać mój groszek, lekko wymieszać i gotowe! Teraz marchewki. Użyłam te małe, ale zwykła  duża pokrojona też może być. Lekko podgotować. Na dużej patelni rozpuścić łyżkę masła, cebulkę. Kiedy zmięknie dodać odcedzoną marchewkę. Przyprawy: odrobina soli i…brązowy cukier z cynamonem. Bardzo nieoczekiwany zwrot akcji! Tu niby danie do obiadu a z cynamonem i cukrem. Wiecie, że były pyszne? Nawet dzieci pałaszowały bez problemu. Muszę częściej robić.

Dwie szklanki marchewki, cebulka, łyżka masła, kilka łyżek brązowego cukru, cynamon.

Szklanka groszku suchego, kilka ząbków czosnku, cebulka, łyżka sera topionego.

Hot dog z glazurowaną marchewką i groszkiem w białym sosie.

Chińszczyzna

Kolejny dzień, kolejny pomysł. Miałam ochotę na chińszczyznę, ale taką domową. Ta kupiona ma za dużo sosu sojowego. Sos sojowy wywołuje u mnie migrenę. Eksperymentuję zatem z sosami nisko sodowymi, mając nadzieję, że nie będzie reakcji.   Po raz pierwszy użyłam pełnoziarnisty makaron ryżowy. Zalewa się gorącą wodą, czeka kilka minut i gotowe. Na wok idzie łyżka masła i odrobina oliwy. Potem czosnek i cebula, bo nadają smak całemu daniu. Dalej idą warzywa w zależności od twardości: pokrojone na pół brukselki, marchewka pokrojona w kostkę. Trzy rodzaje cukinii: żółta, zielona i ta taka w paseczki, pokrojone w kostkę. Cukinia gotuje się bardzo szybko. Nie lubię,  kiedy jest rozgotowana, wolę kiedy jest lekko ciepła. Por, seler. Na więcej nie ma miejsca. Sól, pieprz,  świeży imbir, odrobina sosu sojowego, oczywiście nisko sodowego. Dodać makaron ryżowy i gotowe.

Lubię robić to danie, bo możliwości kombinacji warzyw są nieskończone. Można dodać paprykę, fasolki szpinakowe, groszek. Nie ma znaczenia ilość. Co jest najważniejsze: nie rozgotuj warzyw! Muszą być tylko lekko podgotowane. Jeśli używasz wok temperatura rozchodzi się bardziej równomiernie i warzywa szybciej się gotują. Musisz wyłączyć płomień, kiedy są lekko niedogotowane bo one nadal będą się gotować przez kilka minut nawet kiedy nie ma ognia, bo patelnia nadal jest nagrzana. To danie można przygotować na każdej dużej patelni. I nie kupujcie tych mrożonek na patelnię! Warzywa się bardzo łatwo rozgotowują po wrzuceniu na rozgrzaną powierzchnię. Wystarczy zajrzeć do lodówki: cebulka, czosnek, por, seler, marchewka i wystarczy! Masz coś więcej, też wrzuć. Sosy też można zrobić samemu bardzo, bardzo łatwo i są autentyczne. Mój ulubiony: starty czosnek, starty świeży imbir, sos sojowy i…miód! Ja nie używam miodu tylko nektar z agawy.

Chińszczyzna po polsku.

I co wy na to? Dość ciekawy tydzień kulinarny, prawda?

 

Paula Dean

Kilka dni temu Ameryką wstrząsnęła wiadomość: Paula Dean ma cukrzycę. Kim jest Paula Dean? To jedna z największych gwiazd kulinarnych w USA. Od lat prowadzi programy kulinarne, ma też swój magazyn. Swoim imieniem sygnuje również kilka produktów spożywczych. Ma też chyba linię garów kuchennych.

Pochodzi z południa kraju i specjalizuje się w tradycyjnej kuchni południa: tłuste, ciężkostrawne, zawiesiste jadło zwane “comfort food”, dosłownie “jedzenie komfortowe”, ale w znaczeniu to coś jak “jedzenie dla przyjemności”. Coś, co jesz, żeby poprawić sobie humor. To jak jedzenie czekolady kiedy masz depresję. Jedna różnica: ty jesz tę czekoladę może raz na miesiąc, ona proponuje ją kilka razy dziennie w swoich programach.

Jej słynne motto mówi samo za siebie: każde danie zaczyna się od kostki masła. Uwielbia boczek, pączki, wszystko, co wysoko kaloryczne, jednymi słowy kulinarne samobójstwo. No i się doigrała. W minionym tygodniu stała się “twarzą” firmy farmaceutycznej produkującej leki na cukrzycę. Nikt nie był zdziwiony wieścią o cukrzycy. Wszyscy byli zdziwieni, że przez trzy lata po postawionej diagnozie nie zmieniła stylu gotowania! Nie przyznała, że jej jedzenie doprowadziło ją do choroby!Zamiast tego postanowiła wziąć pigułkę jako rozwiązanie! Można bardzo łatwo na internecie znaleźć jakie leki bierze, w jakich dawkach. Jest oficjalną chodzącą reklamą leku!

Kilka lat temu słynny aktor, Yul Brynner, nagrał film przestrzegający przed paleniem papierosów, kiedy sam umierał na raka płuc. Chciał przestrzec tych, którzy palą przed konsekwencjami i tych, którzy nie palą, żeby nigdy nie palili. Powiedział: “cokolwiek robisz, nie pal. Po prostu nie pal” Właśnie czegoś takiego oczekiwano od niej! Spodziewano się, że wyrzuci z lodówki wszystko, czego nie powinna jeść, że zacznie gotować zdrowe potrawy, które pomogą jej w walce z chorobą. Stałaby się bohaterką walczącą o swoje zdrowie i zdrowie innych. Swoim przykładem mogłaby pomóc setkom tysięcy ludzi. A jeśli nie to, to chociaż powinna była umieścić ostrzeżenie w swoim programie kulinarnym, w swoim magazynie, na produktach, które sprzedaje, że jej przepisy są niebezpieczne!!! To, co ona gotuje, może być spożywane tylko kilka razy do roku, na pewno nie powinno być na stole codziennie! Jej jedzenie to samobójstwo!

Ale nie ona jedna jest winna. Winni są producenci telewizyjni popychający produkt, w tym przypadku jej program. Dlaczego, kiedy została zdiagnozowana, nie zorganizowano spotkania, na którym ktoś mądry nie powiedział: słuchaj, masz cukrzycę, użyjmy to dla zmiany wizerunku. Zasłynęłaś gotując smaczne i niezdrowe jedzenie teraz wypromujemy cię jako osobą gotującą smacznie i zdrowo. Tak się nie stało. Nic się nie stało. Nic się nie zmieniło. Paula nadal gotuje swoje steki, sałatki z toną majonezu,  piecze ciasta z kremami. Przyznaję, że czasami oglądałam jej programy. Nie ma jednak żadnych wątpliwości co do niebezpieczeństw, które się czają w jej wersji gotowania. Kiedy w jej przepisie pojawia się kostka masła ja daję łyżkę i to wegańskiego. Gdy ona używa majonez ja dodaję jogurt, też wegański. Nigdy nie oglądam programów z przygotowaniem  mięsa. Przełączam  kanał. Lubię oglądać te, w których pojawiają się warzywa. Nie jest ich za wiele.

Smuci mnie takie podejście do jedzenia. Czy ona i inne znane postacie kanałów kulinarnych, nie zdają sobie sprawy, że ich widzowie i czytelnicy sugerują się ich przepisami przygotowując posiłki dla rodziny? Powinni czuć się winni, że ich jedzenie  przyczynia się do zachorowań. Nie wszyscy są w stanie zauważyć niebezpieczeństwo. Niektórzy myślą: skoro Paula to gotuje i nic jej nie jest, jest tylko trochę okrąglejsza, to ja też spróbuję. NIE-PRA-WDA! Ona jest chora i to niewłaściwa dieta sprowadziła na nią chorobę!

Grzmoty spadły na panią Dean zewsząd. Krytykują ją inni kucharze za reklamę leku. Krytykują ją adwokaci zdrowego odżywiania. Krytykują weganie i wegetarianie. Krytykują widzowie, którzy czują się oszukani. Jak mogła gotować takie świństwa wiedząc, jakie są konsekwencje? Jak mogła wprowadzać ludzi w takie błąd? Jak???

Właśnie oglądałam video, w którym mężczyźni mówią o swoim doświadczeniu w stawaniu się weganami. Jeden z nich powiedział, że po przejściu na weganizm w ciągu 8 miesięcy jego cukrzyca zanikła! Jakie to proste! Zacznij się zdrowo odżywiać a nie będziesz chorować!!! Może powinnam wysłać ten link do Pauli?

Bycie weganem to nie tylko walka w obronie zwierząt. To również walka o zdrowie.

Wegański obiad w pół godziny? Czemu nie…

Gonitwa, ciągła gonitwa. Do pracy, z pracy, do domu, do innej pracy, na spotkanie, na kawę z koleżanką, knajpa z przyjaciółmi…Nigdy nie ma na nic chwili czasu. Odbija się to na moim gotowaniu. Mam zwykle pół godziny na zrobienie obiadu.

Z jednym wyjątkiem. Kilka dni temu znalazłam dodatkowe kilka minut na zrobienie faszerowanych liści winogron. To taki przysmak z Grecji i innych kultur bliskowschodnich. Liście są pasteryzowane, kupuje się je w słoikach jak nasze ogórki. Można je faszerować warzywami, ryżem, ja miałam pod ręką kaszę z warzywami i ryż z warzywami. Za pierwszym razem trochę były twarde. Znajoma powiedziała mi, że muszę je lekko podgotować na parze. Miała rację. Zrobiłam też sos: oliwa, sok z cytryny, świeża mięta. Troszkę posiedziały sobie moje zawiniątka w lodówce i gotowe. Kasza była dobrze doprawiona, ryż był bardziej delikatny, liście soczyste, oliwkowo cytrynowe…Świetna przekąska. Mam kolejną bardzo tanią potrawę na moje liczne przyjęcia!

Faszerowane liście winogron.

Potem zaczęły się dni szalone, bez chwili wytchnienia. Smaczny obiad w trzydzieści minut? Czemu nie! Miałam ochotę na sałatkę i jednocześnie na warzywa we wrapie.  Kupuję wrapy pełnoziarniste i te ze zmniejszoną ilością węglowodanów. Jeden chlebek ma około 140 kalorii. Wydaje mi się, że jak na danie obiadowe, to niezły wynik. Nie mogłam się zdecydować, co wybrać. Zrobiłam obydwa dania. Najpierw poddusiłam warzywa: czosnek, cebulka, po połowie żółtej, czerwonej i pomarańczowej papryki. Przyprawy do smaku. Na wrap wrzuciłam po kilka łyżek warzyw, na to trochę sera ryżowego, przykryć drugim i do piekarnika. Pokroiłam używając tego urządzonka do pizzy. Zrobiłam też sałatkę: sałata lodowa, świeża rukola, czerwona cebulka, avocado, papryka. Dressing: oliwa, ocet balsamiczny, musztarda. Dobrze wymieszać i gotowe. Nie dodaję innych przypraw, żadnej soli. Nie jest konieczna przy takim dressingu. Pyszne! Warzywa we wrapie są miękkie, ser cieknący, pieczywo chrupiące. Szybki, smaczny, zdrowy obiad.

Wrap z warzywami i sałatka z avocado.

Na drugi dzień podobna sytuacja. Konieczny szybki obiad. Dałam mężowi kilka opcji do wyboru. Mam jeszcze kilka wrapów, mam warzywa, grzyby. Zatem wrapy na obiad, drugi dzień. Tym razem będzie trochę inaczej. Jak poprzedniego dnia poddusiłam cebulkę, czosnek, paprykę i dwie kanie. Kiedy zaczęły mięknąć, wrzuciłam je na wrapy, posypałam serem i zawinęłam brzegi, potem zrolowałam i do piekarnika. Coś jak naleśniki… Bardzo smaczne! Znowu za dużo zjadłam.

Wrap a warzywami, odsłona druga.

Dzisiaj mam więcej czasu i chcę zupę. Łazi za mną grzybowa. Mam kilka gatunków grzybów w lodówce. Do garnka wrzuciłam cebulkę i czosnek na maśle. Na patelnię obok to samo. Zrobiłam coś, co uwielbiam, ale nie sądzę, że jest zbyt zdrowe. Pokroiłam taką długą bułkę w kromeczki i zamiast smarować masłem czosnkowym pomoczyłam w rozpuszczonym maśle z cebulą i czosnkiem. Cóż, tak raz na jakiś czas to mogę, prawda? Tak może 3 razy do roku? Bułka poszła na brytfankę, później wyląduje w piekarniku. Wracamy do zupy. Do garnka wrzuciłam pokrojoną marchewkę, kilka gatunków ziemniaków (czerwone, słodkie i fioletowe). Nie dodawałam żadnej wody, chciałam, żeby się zarumieniły. Dodałam również selera, pora, paprykę, pietruszkę. Wszystko zaczęło ładnie mięknąć. Dodałam tyle wody, żeby zakryć warzywa. Międzyczasie na patelni z cebulą pojawiły się grzyby. Uwielbiam grzyby!!! Po jakimś czasie dodałam mąkę, nie za dużo, tak koło 2 łyżek. Połączyłam z grzybami, zaczęłam ją dusić. Dodałam trochę wywaru z zupy i trochę gorącej wody. Potem powoli dużą łyżką zaczęłam przekładać grzyby do zupy. Trochę przypraw do smaku i gotowe. Międzyczasie w piekarniku bułka się podrumieniała. Obiad gotowy.

Zupa grzybowa z kromeczką...

Tak wyglądało kilka ostatnich dni. W niedzielę spróbuję zrobić coś nowego z dynią. Kupiłam kilka tych małych i ciągle się zastanawiam, co z nimi zrobić. Były już w zupie, były pieczone z grzybami, były pieczone z brązowym cukrem? Chyba sięgnę po moje książki kucharskie, żeby poszukać inspiracji…

Zimowe jadło.

Zimno, mroźno. Mam ochotę tylko na jedzenie, które mnie rozgrzeje. Zwykle są to zupy, ale przez ostatnie kilka dni mam ochotę na smaki z dzieciństwa. Próbuję je odzyskać.

Uwielbiam grzyby, wiecie już o tym. Moim bzikiem jest udoskonalanie sosu grzybowego. Ciągle próbuję i ciągle mi się zdaje, że nadal mam trochę miejsca na poprawę. Moje dziecko chciało wczoraj placki ziemniaczane, więc cóż lepszego niż sos grzybowy do tego? Tak, tak, znowu placki. Nic na to nie poradzę. O tej porze roku nie może zabraknąć ziemniaków w naszym domu. Ja obieram, dziecko trze, w maszynce, oczywiście. Dodaję jedną cukinię, wydaje mi się, że placki są bardziej soczyste. Oczywiście cebulka, trochę naci pietruszki. Sól, pieprz. Żadnych jajek! Placki są pyszne,  chrupiące na zewnątrz, miękkie w środku. Ja robię je trochę duże, więc kończę je w piekarniku dla pewności, że są dobrze upieczone. Porozmawiajmy jednak o sosie.

Chyba odnalazłam jeden ze smaków z odległych czasów i miejsc. I to całkiem przypadkiem. Gorący olej, nie miałam tym razem wegańskiego masła. Wrzuciłam na patelnię cebulkę i czosnek, odwróciłam się na chwilę i kiedy znów rzuciłam okiem na cebulkę, była lekko…przyciemniona. Cóż, postanowiłam zaryzykować. Dodałam moje grzyby i odmówiłam zdrowaśkę. Nic się nie dzieje, dodałam kilka łyżek mąki i nie wybuchło…Oczekiwałam, że poczuję zapach spalenizny, ale to woń czegoś dawnego, czegoś, co próbowałam odtworzyć od dawne. Zasmażka babci? Adrenalina rośnie. Mąka się upiekła, dodałam domowy wywar warzywny…Czekam…mieszam…gotuję mąkę…sos gęstnieje…Jest! To właśnie to! odnalazłam MÓJ SOS! Py-szno-ści!!!!! Najlepszy lunch na świecie: placki ziemniaczane z sosem grzybowym.

Placki ziemniaczane z sosem grzybowym.

Wieczorem potrzebowałam jakiejś inspiracji. Postanowiłam przejrzeć jedną z moich książek kucharskich: Veganomicon. Przepisy tylko wegańskie. Ogólnie wegańskie gotowanie od podstaw. Oczywiście nie miałam dość ziemniaków tego dnia, więc na obiad cytrynowe ziemniaki. Robimy sos: oliwa, wywar warzywny, sok z cytryny, pietruszka, czosnek, oregano, sól, pieprz. Ziemniaki pokrojone jak na grube frytki. Wszystko do żaroodpornego naczynia, przykryć, cierpliwie czekać aż się upieką. Od czasu do czasu poszturchać, żeby nie przywarły.

Frytki cytrynowe.

No, ale przecież nie możemy jeść tylko frytek na obiad? Mam ciasto na pizzę. Mam sos pomidorowy. Mam jakieś warzywa jeszcze…Ale nie chcę pizzy. Calzone! Poddusiłam cebulkę, czosnek, paprykę, szpinak. Na środek ciasta poszedł sos pomidorowy, na to warzywa, na to ser. Potem całość zawinęłam w pół księżyc. Kiedy ciasto lekko podrosło do piekarnika. Mmmmm…

Calzone, ser ryżowy.

Dzisiaj nadal miałam ochotę na coś zimowego. Zaczęłam dzień znowu od przeglądania Veganomiconu. Tym razem moje oko zawisło na daniu z kaszą i kapuchą. To było coś w rodzaju pot pie, ale nie miałam ochoty na żadne ciasto po wczorajszym calzone. To, co miało być farszem stało się daniem głównym. Szybko przejrzałam przepis i już wiedziałam, co zrobię. Na patelnię cebulka, czosnek, marchewka, seler. Po chwili dodałam kaszę. Potem stopniowo zaczęłam dodawać gorący wywar warzywny. Kiedy kasza zaczęła mięknąć przeniosłam towarzystwo do naczynia ceramicznego a potem do rozgrzanego piekarnika.

Kasza z warzywami.

Kolej na kapuchę. Uwielbiam kapustę pod każdą postacią: świeżą, gotowaną, kiszoną. Poddusiłam cebulkę i czosnek na oliwie, dodałam kapustę. Kolej na wywar. Kiedy kapusta zmiękła wlałam resztę sosu grzybowego. I do piekarnika. Wygląda na to, że mój piekarnik jest ciągle włączony! Cóż, jedno jest pewne, obiad był świetny. Jestem najedzona, ale wiem, że gdzieś tam na kuchence nadal są resztki nie odłożone do lodówki. Mam okropny zwyczaj podjadania za każdym razem kiedy przechodzę koło kuchni. Spróbuję się powstrzymać!

Duszona kapucha z sosem grzybowym.

Jeszcze jedno. Przepisz na salsę i bruschttę dla Mojej Przyjaciółki:

Salsa:

- 3 pomidory, im bardziej dojrzałe, tym więcej smaku;

- pół czerwonej papryki;

- mała zielona ostra papryczka;

- czosnek, kilka ząbków;

  • mała cebulka, najlepiej czerwona, bo mniej ostra;
  • koriander lub oregano, najlepiej świeże, ale mogą być suszone, może być też pietruszka;
  • sól, pieprz, oliwa, ocet do smaku;

Warzywa pokroić w kostkę, raczej drobną. Połączyć składniki. Odstawić do lodówki przed podaniem.

Bruschetta:

- 3 pomidory;

- pół papryki;

- mała cebula;

- kilka ząbków czosnku;

- bazylia, najlepiej świeża, może być suszona;

- odrobina oliwy, sól, pieprz.

Przygotowanie jak wyżej. Salsę podawać z tortilla chips, bruschettę z podpieczonym chlebkiem.

Mam nadzieję, że tym razem moja przyjaciółka nie zgubi przepisu! Smacznego!!!

Zimowy styczeń?

Nie piszę ostatnio za często, prawda? Jakoś brakło inspiracji… Nie za wiele gotuję, często jadamy poza domem, niekoniecznie zdrowo, nie zawsze smacznie… Nie lubię zmuszać się do pisania. Takie wypocone teksty nie zawsze są warte czytania. Co Was będę dręczyć!

Dzisiaj jest jednak trochę inaczej. Mam potrzebę przelania myśli na papier.

Tak się jakoś złożyło, że od kilku tygodni wyjadamy resztki. Najpierw były Święta i tona pierogów, dwie tony sałatek i kapuchy. Po Sylwku to samo. Cała lodówka pojemników i pojemniczków. Jedyne na co miałam ostatnio ochotę, to skromna, zwykła zupa. Otworzyłam lodówkę i zrobiłam przegląd warzyw. Kalafior, kapusta, kilka gatunków ziemniaków, cebula, por, seler, czosnek, pietruszka w naci i korzeniu…Żadnych zasmażek, sosów, zawiesin, tylko warzywa i przyprawy. Bardzo sycąca i pobudzająca. Cóż może być lepszego w styczniowy mroźny dzień?

Mąż uwielbia ryż i fasolę, pod każdą postacią. Próbowałam wiele razy przygotować meksykańsko zainspirowane danie, ale Mąż twierdzi, że i tak smakuje jak polsko-meksykańskie danie. Cóż, chyba tak już pozostanie. Grunt że smaczne, nieprawdaż? Podobno ryż wyszedł “the best ever”. Poddusiłam cebulkę i czosnek na oliwie. Potem dodałam ryż. Kiedy rozgrzeje się na oliwie, podobno nie naciąga tak bardzo wodą. Kiedy poleżał sobie w gorącej kąpieli przez dłuższy czas na imprezkę dołączyły: por, papryka, seler, ostra papryczka, marchewka. Duuużo przypraw. Gorąca woda, tylko tyle, ile ryż zaabsorbuje. Nigdy zimna! Ryż i warzywa doznają “szoku”. Do tego czarna fasolka. Podobno zdrowsza, niż inne. Moczona przez noc. Gotowana przez długi czas, mocno przyprawiona. Mąż wniebowzięty.  Meksykańsko zainspirowany obiad polski.

Rice and beans...

 

W niedzielę postanowiłam zmierzyć się po raz kolejny z babką ziemniaczaną. Jeszcze nie mam właściwych proporcji. W poprzednim przepisie było za dużo oleju, tym razem chyba mi się sypło za dużo kaszy manny, ale już było lepiej. Do tego tofu obtoczone w kaszy i pieczone w piekarniku. I ćwikła z chrzanem. Coś mnie zaczynają drażnić zatoki, chrzan zatem wskazany w mojej diecie!

Babka ziemniaczana II.

Chyba przedawkowałam z gotowaniem, bo mnie ciągnie do jedzenia poza domem. Raz na jakiś czas potrzebuję zjeść coś, co nie jest przygotowane przeze mnie. Potrzebuję inspiracji. Jednego dnia postanowiliśmy wpaść do miejsca, koło którego ciągle przejeżdżamy zastanawiając się, co tam jest? Restauracja? Bar? Pub? Okazało się, że wszystko razem. W jednej części restauracja, w drugiej bar. Ciekawie urządzone, przytulne, czyste, miła obsługa. Możliwość wegetariańsko – wegańskich dań. Na menu zobaczyliśmy “tomato pie”. To taka regionalna specjalność  New Jersey i New York. To nie jest pizza, choć ma jej elementy. Czym się różnią? Wszystkim. Ciasto jest cieńsze, bardziej chrupiące. Sos zamiast oregano ma bazylię i czosnek. Pomidory nie są tak drobno posiekane, ale raczej rozdrobnione na trochę większe kawałki. Ser nie jest rozsypany na całość, ale rzucony może w cztery miejsca. Można zatem wziąć kawałek bez sera. Kiedy zobaczyłam tomato pie na menu, musiałam spróbować. Może będzie dobre? Nie, nie było. Na ciasto rzucili bezpośrednio ser i na to cztery łyżki sosu. Miało być odwrotnie! Mieli świetną sałatkę z sosem z octem winnym i orzechami włoskimi. Pycha! Koktajl też całkiem niezły. Inspiracja? Dresing do sałatek i dodatek orzechów.

Kolejny wieczór, kolejne miejsce. Tym razem po wyjściu z filharmonii w Filadelfii “nagle” poczułam się bardzo głodna. No dobra, nie zupełnie nagle. Kilka tygodni temu poszliśmy do tej świetnej wegańskiej pizzerii. Naszła mnie straszna ochota na “prawdziwą” pizzę. Pogodna całkiem niezła, postanowiliśmy zachować się “po miejsku” i przejść się zamiast brać samochód z parkingu, jechać przez pięć minut i szukać parkingu ponownie. Dwudziestominutowy spacer po przejedzeniu pizzą dobrze nam zrobi. Pizza nie zawiodła. Czekając na nią podglądałam talerze. Ten niby stek w bułce nieźle wygląda. I niby hamburgery. I desery czysto wegańskie. Sałatki. Hmmm, będę próbować. Międzyczasie przyszła pizza. Ze wszystkim: cebula, oliwki, pieczarki, karczoch, papryka…Pycha. Paskudne łakomczuchy, zjedliśmy całą, z czystego lenistwa. Nie chciało nam się nieść pudła z resztkami do samochodu.

Dzisiaj znowu obiad poza domem! Spotkałam się z koleżanką. Wylądowałyśmy w hinduskiej restauracji. Ona wzięła saag paneer, ja malai koftę. Jej danie jest zrobione jest ze szpinaku i sera, podobnego do naszego białego, pokrojonego w kostki. Moja potrawa to sos curry na bazie mleka kokosowego z warzywnymi kuleczkami. Uwielbiam te kuleczki. Na pewno będę je próbowała zrobić.

Całkiem nieźle, poziom kulinarnych wpływów rośnie…Pozostało jeszcze tylko jedno. Kuchnia meksykańska. Już dawno nie jadłam prawdziwego meksykańskiego dania. Hmmmm?

Ta Magiczna Noc Sylwestrowa.

Święto Dziękczynienia było? Było. Święta Bożego Narodzenia były? Były. Czas na Sylwka!

Uwielbiam przyjęcia w domu. Nigdzie nie muszę się spieszyć, nie muszę się martwić o dojazd…Zatem Sylwester u NAS.

Od kilku dni przygotowywałam zakąski. Chciałam coś małego i eleganckiego. Kupiłam świetne małe pieczareczki. Postanowiłam je nafaszerować warzywami. Wiem, zwykle się je faszeruje bułką tartą….Co to, która to godzina? O kurcze, muszę lecieć…Koniec opowieści na dziś….

No i poleciałam. Podgrzać to, przełożyć tamto, przygotować lampki na szampana…Dziś mogę siąść i pisać…O czym zatem to było? Pieczarki!

Poddusiłam cebulkę, paprykę, czosnek, wydrążone części pieczarek. Miałam szklankę ugotowanej kaszy, też wrzuciłam. Dodałam też trochę otrębów, dla zagęszczenia. Przyprawy. Potem wszystko razem do pieczarek i do piekarnika. Wyszły świetne. Walczyłam ze sobą, żeby zostawić je gościom.

Faszerowane pieczarki.

Po raz pierwszy zrobiłam też ziemniaczano-szpinakowe kuleczki. Moja znajoma kiedyś mnie poczęstowała i od tego czasu mnie prześladowały. Proporcje: trzy duże ziemniaki, Około kilograma szpinaku. Kilka łyżek niby ryżowego parmezanu. Sól, pieprz, kumin, koriander. Zagotować ziemniaki. Lekko podgotować szpinak, tak tylko żeby zmiękł. Ziemniaki potłuc na miękką masę. Szpinak zalać zimną wodą lub wrzucić do zimnej wody z lodem. Odcisnąć wodę ze szpinaku, pokroić. Wszystko razem wymieszać i formować kuleczki. Moja znajoma smaży je na patelni w oleju, ale ja postanowiłam moje upiec w piekarniku. Mmmmm….Następnym razem dodam jeszcze duszoną cebulkę.  Musiałam je szybko zamrozić po ostudzeniu, bo inaczej nie zostałoby nic na Sylwestra! Wczoraj wszystko tylko wrzuciłam do piekarnika na chwilę i gotowe.

Kuleczki ziemniaczano-szpinakowe.

Nie byłabym sobą, gdyby na tym się skończyło. Na stół poszła też sałatka z kuskusa, sałatka z kalafiorem i makaron na zimno. Mnie najbardziej smakował kalafior. Ugotowałam kalafiora, marchewkę, słodkiego ziemniaka, ziemniaka białego i fioletowego. Dodałam też pomidora, paprykę, nać selera, pora, cebulkę, garść koperku, i kilka suszonych moreli.  Kilka łyżek wegańskiego majonezu, musztarda, sól, pieprz i gotowe. Byłam bardzo podekscytowana, kiedy po raz pierwszy znalazłam purpurowe ziemniaki w moim warzywniaku. Smak ten sam, ale kolor! Piękności.

Moim gościom chyba najbardziej smakował makaron. Makaron pełnoziarnisty ugotowany al dente. Po ostudzeniu dodałam: pomidora, garść suszonych pomidorów, paprykę, seler, por, cebulkę. Kilka kropli oliwy. Sól, pieprz. Gotowe. Proste i smaczne.

Kuskus podobnie. Po ostudzeniu do miski powędrowały: ogórek, pomidor, cebulka, por, seler, papryka, pietruszka. Gotowe.

Zrobiłyśmy też koreczki. Najmłodsza pociecha pomagała. Stwierdziła, że to świetna zabawa. Oczywiście przy pięćdziesiątym już nie była taka podekscytowana…Wszystkie wyżej wymienione warzywa pokrojone w kostkę. Do tego wegański ser, też pokrojony i nabijamy na wykałaczki. Świetnie się prezentuje.

Co tam jeszcze było? Oczywiście falafelki, salsa, hummus, guacamole.

O północy wyszliśmy na dwór robiąc hałas garnkami. Taki zwyczaj, chyba włoski. Dzieciaki miałay ubaw waląc w patelnie metalowymi łychami. Ja z resztą też.

A dziś? Na śniadanie były racuszki i gofry. Miałam Gości na noc, postanowiłam im zrobić smaczne śniadanko. Teraz powoli zaczynam odczuwać zmęczenie. Szaleliśmy do białego rana! Głowa mi ciąży…muszę się rozejrzeć za poduszeczką.

Przejedzenie Świąteczne!

Już po. Możemy powoli wracać do normalnych rytmów. Jak zatem było? Jak minęły Święta? stuprocentowo wegańsko!

Rok temu jeszcze troszeczkę oszukiwałam. Do ciasta powędrowało jajko czy dwa. Ale nie tym razem.

Lubię Wigilię. To jedno z moich ulubionych polskich świąt. Jedzenie, rodzina…Na chwilę zapominamy o wszystkim…Dla mnie to czas refleksji…wspomnień. Wigilie z dzieciństwa, ostatnia Wigilia z rodziną w Polsce, pierwsza w USA…Pamięć tych, których już nie ma, którzy nie zasiądą do stołu…Opłatek na każdym talerzu…Wiara i nadzieja  na lepszą przyszłość…Włączam moją RMF FM, słucham polskich kolęd i wiadomości i…gotuję. Tak, jak przed laty. Tak jak wtedy, kiedy prosiłam mamę, żeby nie wracała do domu za wcześnie, bo mi będzie przeszkadzać w kuchni. Tak jak wtedy, kiedy Siostra ubierała choinkę. Tak jak druga Siostra kręciła się po kuchni próbując pomagać. A Brat?Hmmm co robił brat? Pewnie palił w piecu? I ustalanie w ostatniej chwili…Przychodzą Dziadkowie do nas, czy zabieramy wszystko do nich?

Lubię Wigilię. Po niej Pasterkę. Dla mnie to miernik mijającego roku, nie Nowy Rok. Powrót do domu nad ranem, kiedy jesteśmy kompletnie rozbudzeni, kiedy chce nam się śmiać i bawić. Kiedy ślizgaliśmy się na butach w drodze do domu…Albo kiedy nasz pies poszedł za nami do Kościoła i był bardzo obrażony, że przecież w nocy wszędzie z nami chodzi, to czemu nie tam?

Czas mija, wszystko i wszyscy się zmienia, nawet my. Nigdy nie można wejść do tej samej rzeki, albo tak naprawdę wrócić do domu. Co nam pozostaje? Tworzenie nowych wspomnień, nowych tradycji.

Biały obrus. Talerzyk, na nim sianko i opłatek. I jedzenie. Duuuuużo jedzenia….

Co zatem zaserwowałam na Wigilii?

Na zakąskę, kiedy rodzina i przyjaciele czekali podałam im moje falafelki. Jestem z nich dumna i będę je serwować dopóki nie znajdę czegoś nowego!

Falafel, czyli kotleciki z cieciorki.

Danie pierwsze: czerwony barszczyk z uszkami faszerowanymi grzybami. Moja najmłodsza pociecha lubi wszystko, co jest zrobione z jakieś formy makaronu. Kiedy zobaczyła uszka, powiedziała: nie mów mi co w nich jest, to zjem. Nie powiedziałam. Całe wielkie ucho zniknęło w jej buzi. Potem uśmiech i kciuk do góry. Lubi! Kolejny sukces!

Uszko w czerwonym barszczyku.

Dalej poszły pierogi: z kapustą i grzybami, tłuczonymi ziemniakami, soczewicą. Ciasto: 1/3 pełnoziarnistej mąki, 2/3 zwykłej niebielonej. Pierogi wyszły zatem troszkę ciemniejsze niż zwykle. Potem na blaszkę, oprószyć zrumienioną cebulką. A ciasto na wegańskie pierogi jest bardzo proste: 2 szkl. mąki, 1/4 szkl oleju, trochę zimnej wody, szczypta soli. Musiałam zrobić 6 porcji! Zostało mi trochę ciasta, więc wyciągnęłam moje urządzonko do cięcia ciasta i zrobiłam łazanki, takie fajne pofalowane.

Pierogi z cebulką.

Do łazanek kapusta z grochem i kapusta z grzybami. Najpierw zagotowałam kapustę. Potem na dużą patelnię cebulka z wegańskim masłem. Kiedy cebulka się zrumieniła dodałam łyżeczkę mąki. Rozrzedziłam wywarem z grzybów. Na jedną patelnię wrzuciłam groch, na drugą grzyby, na wszystko poszła kapusta. Pyszności! Uwielbiam kapuchę, pod każdą postacią!

Kapusta z grochem w tle z grzybami.

Postanowiłam się zmierzyć z czymś, czego dotąd nigdy nie robiłam – babka ziemniaczana. Znalazłam kilka przepisów, trochę “ulepszyłam”…Chyba przedobrzyłam. Następnym razem będzie lepsza.

Niezbyt udana "babka ziemniaczana"...poprawimy, następna będzie lepsza...

Goście się powoli zapełniają, czas na coś lżejszego. Typowa polska sałatka jarzynowa:  gotowane ziemniaki, marchewka, pietruszka, kiszone ogórki, świeże jabłka, zielony groszek i kukurydza ze słoiczka. Wegański majonez. Duża łyżka musztardy, sól, pieprz.

Sałatka. Taka jak w domu.

Zrobiłam też “tofu po grecku”. Podduszona marchewka, cebulka, pietruszka, seler, kilka łyżek przecieru pomidorowego, pieprz, sól. Osuszone tofu skropione sosem sojowym, obtoczone w bułce tartej, podpieczone. Warstwa warzyw, warstwa tofu, warstwa warzyw, warstwa tofu…Najlepsze na drugi dzień.

Tofu "po grecku"...pyszne!

Przygotowałam też kaszę jaglaną z grzybami. Poddusiłam cebulkę i grzyby, dodałam ugotowaną kaszę, przyprawy. Strzał w dziesiątkę!

Kasza z grzybami.

Na deser ciasteczka. Nazywają się russian tea cakes, czyli rosyjskie ciastka herbaciane. Po raz pierwszy nie piekłam polskich ciast, bo moja rodzina i przyjaciele nie mają pociągu do babek, serników i makowców. Tym razem zapytałam Męża, jakie są jego ulubione ciastka/ciasta świąteczne i to właśnie zrobiłam. Drobno posiekane orzechy, mąka, szczypta soli, wegańska margaryna, cukier puder.  Wszystko połączyć, formować kuleczki. Obtoczyć je w cukrze pudrze i na blaszkę.

Russian tea cakes.

A dziś? Chodzę i dojadam resztki. Kawałek tego, odrobina tamtego…Pierogów już nie ma. Reszta też się kurczy szybko. Znasz to uczucie, kiedy przygotujesz potrawę w dużej ilości i chcesz się jej pozbyć, bo Ci się znudziła? A kiedy widzisz dno półmiska, czy garnka, żałujesz, że nie masz więcej? Tak, właśnie to dzisiaj czuję. Niby za dużo, a jednak za mało?

Poszliśmy na spacer. Pojechaliśmy na siłownię. Oczywiście w przerwach między jedzeniem. Trzeba od czasu do czasu zrobić sobie miejsce na więcej. Kiedy smakołyki się skończą powrót do tradycyjnej wegańskiej diety, w o wiele lżejszej wersji.

Następna wyżerka za rok!