Jedna z najdłuższych przerw w pisaniu jaką kiedykolwiek miałam. Muszę przyznać szczerze, że jestem wykończona.
Skąd to zmęczenie? Dużo rzeczy się nawarstwiło. Nadal mam starą pracę, a nawet dwie, do tego dołączyła nowa. Czy to normalne mieć trzy etaty? Tutaj tak. Jedną pracę mam ze względu na ubezpieczenie zdrowotne i świadczenia socjalne. W USA są one bardzo drogi. Płacenie za nie z kieszeni to koszmar. Nigdy nie są też tak dobre jak te, które się dostaje pracując dla dużej korporacji. Druga praca, bo tak się jakoś trafiło. Znajoma zapytała czy chciałabym uczyć polskiego na uczelni, powiedziałam “czemu nie?” i się to już tak ciągnie trzeci rok. Niestety godziny są mordercze: od osiemnastej do dwudziestej plus ponad półgodzinny dojazd w jedną stronę. Trzecia to też taki przypadek. Kiedy pracowałam na pół etatu nudziło mi się i postanowiłam zostać “rodzicem wolontariuszem”. Zaczęło się od jednej godziny w tygodniu. Potem trzy. Potem wpadłam na pomysł, żeby zrobić sobie certyfikat zastępcy nauczyciela. Tak, mamy tutaj takie stanowiska. W każdej, nazwijmy to gminie, jest sztab zastępców którzy są wzywani do pracy w zależności od potrzeby. Czasami dzwonią wieczorem, czasami pobudka wcześnie rano…Myślałam, że będą dzwonić raz na kilka tygodni, dzwonią jednak w mój każdy wolny dzień. Zatem pracuję sześć dni i jeden wieczór w tygodniu. Obszerne usprawiedliwienie, ale prawdziwe.
W Polsce nigdy nie pracowałam na poważnym stanowisku, ale wydaje mi się, że kiedy idzie się do pracy, to warunki finansowe przeważają w wyborze pracy. Tutaj to się trochę rozmywa. Szczęściarze wykonują zawody, które kochają. Większość pracuje bo musi. Ja nadal muszę sobie i innym coś udowodnić. Po pierwsze, że moje studia z Polski nie były marnotrawstwem czasu. Po drugie, że można się tutaj spełnić zawodowo będąc emigrantem. Po trzecie, chcę mieć pracę, do której będę chciała a nie musiała iść każdego dnia. Mam cel i do niego dążę. Na razie musi zostać tak, jak jest.
Jest jeszcze jeden element tej zagadki… Od kilku lat pomagam pewnej starszej pani. Poznałam ją kiedy miała około siedemdziesiątki i chciała, żebym nauczyła ją angielskiego. Podziwiałam ją za chęci i wytrwałość, ale szybko okazało się, że jest jej bardziej potrzebny tłumacz niż nauczyciel. Ponieważ nadal prowadzi serwis sprzątający potrzebowała kogoś w rodzaju sekretarki. Po kilku miesiącach zauważyłam, że ona tak dużo płaci swoim pracownikom i tak dobrze o nich dba, że mało co zostawia sobie. Odeszłam. Ale ona nie pozwoliła mi odejść do końca. Znalazła innego tłumacza do biznesu, ale chciała, żebym nadal jej pomagała w sprawach osobistych, takich jak np chodzenie do lekarzy. No i się zaczęło. Od Annasza do Kajfasza. Od lekarza rodzinnego do specjalisty, od specjalisty A do specjalisty B itd. Kilka dni temu przeszła przez operację wymiany biodra. Do moich codziennych obowiązków doszły konsultacje z lekarzami, pielęgniarkami, odwiedziny w szpitalu. Pewnie zastanawiacie się nad jedną oczywistą rzeczą: gdzie jest jej rodzina? Czy ma w ogóle kogoś? Czy naprawdę jest sama i musi opierać się na pomocy obcych? Przyjechała tutaj wiele lat temu sama. Była wdową bez pracy. Dzieci już dorosłe, wnuki też nie małe. Postanowiła przyjechać tutaj. Podziwiam ją za jej stanowczość i samozaparcie. W Polsce nigdy nie jeździła samochodem, tutaj zrobiła prawo jazdy i nadal jeździ. W Polsce zawsze pracowała dla innych tutaj przez lata prowadziła świetnie prosperujący biznes. W Polsce miała rodzinę, taką biologiczną. Tutaj stworzyła sobie drugą rodzinę, taką, z którą naprawdę żyje. Polska po latach stała się czymś nierzeczywistym. Czymś o czym się ogląda w telewizji bardzo negatywne wiadomości. Kiedy jej się pytam dlaczego nie sprzeda wszystkiego co ma i nie pojedzie do Polski, do dzieci i wnuków, mówi, że ona się boi Polski. Polska wydaje jej się czymś ciemnym, szarym, przygnębiającym. Rodzina nauczyła się żyć bez niej, przynajmniej emocjonalnie, ona bez nich. Niby ktoś kiedyś próbował zdobyć wizę żeby ją odwiedzić, ale jej nie dostał. Wydaje mi się, że ona im nie mówi, że potrzebuje stałego dozoru. Nie wiem, czy wiedzą, że rekonwalescencja po operacji będzie trwała co najmniej trzy miesiące. Czy im powiedziała, że są jeszcze inne komplikacje zdrowotne, że na tym się nie skończy, że tak właściwie się zaczyna? Nigdy z nimi nie rozmawiałam. Nie wiem, jakie mają relacje. Czy powinnam do nich zadzwonić i powiedzieć, że ona nie może mieszkać tylko ze współlokatorami? Próbowałam dzisiaj dzwonić, ale nikt nie odebrał, może i dobrze… Cała sytuacja spędza mi sen z powiek…
Co zatem jemy…Szybkie i proste dania. Nic nowego, nic wymyślnego. Warzywa w woku do tego makaron ryżowy, albo zwykły. Albo makaron z sosem pomidorowym. Co prawda w niedzielę robiłam pierogi. Moja młodsza pociecha zażyczyła sobie robienie pierogów jako myśl przewodnia jej przyjęcia urodzinowego. Fajnie było. Smakowały im pierogi z ziemniakami i serem tofu. Ups, zapomniałam im powiedzieć, że to tofu! No, cóż, teraz już za późno…
Jest jednak coś, co zrobiłam kilka dni temu i mam na punkcie tego kompletnego bzika. Kuleczki z daktyli!. Potrzebne składniki: orzechy, daktyle, wiórka kokosowe. Ja dodałam jeszcze rodzynki. Orzechy wrzucić do blendera. Kiedy są już drobne dodać pozostałe składniki. Zostawić część wiórek do obtoczenia kulek. Kiedy wszytko ładnie się połączy formować kulki i obtaczać w wiórkach. Wrzucić do zamrażalki na godzinkę i gotowe. Zamrożenie sprawi, że się lepiej trzymają. Py-szno-ści! Są słodkie i jednocześnie bardzo sycące. Rewelacyjny i zdrowy deser. Będę z nimi eksperymentować…mam już kilka pomysłów.





























